Posted by on Wrz 20, 2012

Z archiwów torontońskiego dziennika Gazeta:  Jan 2, 2005
Autorka Ewa Stachniak i tłumaczka  powieści „Necessary Lies” (Konieczne kłamstwa) Katarzyna Bogucka-Krenz dzielą się refleksjami na temat sztuki przekładu literackiego.
Dodatek Kulturalny „Gazety” pod redakcją Joanny Sokołowskiej-Gwizdka,
grudzień 2004, nr 24
Joanna Sokołowska-Gwizdka – Polski czytelnik może już przeczytać po polsku
powieść „Konieczne kłamstwa”, nagrodzoną w 2000 rok jako najlepszy debiut
literacki roku przez Amazon.com/Books in Canada. Co to dla pani oznacza?
Ewa Stachniak – Cieszę się, że książka ukazała się w Polsce i bardzo jestem
ciekawa reakcji czytelników, recenzji, uwag. W powieści pisanej z pozycji
emigracji, polski czytelnik zwróci uwagę na inne rzeczy niż czytelnik kanadyjski.
„Konieczne kłamstwa” – na jednym z poziomów narracji – są przecież zapisem
wrażeń powrotu do kraju, po latach emigracji, tego pierwszego powrotu,
pierwszych wrażeń wędrowca, który konfrontuje zapamiętane obrazy z
rzeczywistością, wędrowca, który patrzy na Polskę z pozycji swoich kanadyjskich,
emigracyjnych doświadczeń. Czytelnik polski zobaczy bohaterkę powieści, Annę
Nowicką, podobnie jak nasze rodziny i przyjaciele widzieli nas w tych pierwszych
latach wolności, emigrantów przyjeżdżających po latach do rodzinnego domu.
Ciekawi mnie też, jak wypadnie konfrontacja mojej książki z innymi
współczesnymi polskimi powieściami, czy literatura kanadyjska wpłynęła w
zauważalnym stopniu na mój sposób pisania. Bo przecież język prowokuje różne
skojarzenia.
JSG – Na czym polega odmienność polskiej wersji powieści od angielskiego
oryginału?
ES – W angielskiej wersji książka skierowana była do czytelnika, który o Polsce i
jej historii ma mgliste pojęcie i któremu trzeba wpływ tej historii na polską
rzeczywistość przybliżyć. Patrząc na Warszawę czy Wrocław w 1991 roku, Anna
widzi nie tylko teraźniejszość, ale także przeszłość tych miast, lata wojny,
powstania, zgliszcza. We Wrocławiu widzi ślady niemieckiego Breslau, pamięta
morze gruzów. Z takim bagażem jej spojrzenie na polskie realia jest zupełnie
inne niż spojrzenie kogoś, kto o tej historii nie ma pojęcia. Zmiana perspektywy
oznaczała cięcia i przekształcenia w tekście. Wiele fragmentów można było w
polskim tekście pominąć, inne trzeba było przeredagować lub wręcz dopisać, by
zachować autentyzm szczegółów i wiarygodność faktów. Kiedy cytuję fragment
wrocławskiej ulotki z 1968 roku, którą Anna i Piotr trzymają w ręku, to chcę żeby
to była jedna z autentycznych ulotek z Wrocławia, a nie np. z Warszawy.
Angielskie słowo „communist” tłumaczy się inaczej w zależności do okresu
historycznego, w którym było użyte: w 1968 roku Piotr mówi o „partyjnych”, w
1981 roku Anna pamięta „komunistów”, a w 1991 roku jej brat używa słowa
„komuch”. W wersji angielskiej rewolucję w Quebecu można było określić jednym
zdaniem, polskiemu czytelnikowi trzeba było dodać kilka wyjaśnień. To były
drobiazgi, choć oczywiście bardzo ważne. Problemem największym, ale i
jednocześnie najbardziej ciekawym, stało nadanie polskich głosów moim
bohaterom.
Powieść rozpoczyna się w Montrealu, ale już po kilku zdaniach Anna wspomina
swoją młodość, swój wyjazd z Wrocławia, pierwszą miłość – swoje polskie
przeżycia. Kiedy pisałam te sceny po angielsku, polskie postacie musiały mówić
językiem „opisowo-uniwersalnym”, stworzonym dla nich w takim celu, by
czytelnik kanadyjski odczuł, że osoba o której czyta, funkcjonuje w innym języku
– czasami wtrącałam polskie słowa, by zachować koloryt głosów. W tłumaczeniu
na język polski te zabiegi lingwistyczne straciły sens.
W budowaniu pełnych, polskich głosów najłatwiej było z postaciami, które w
jakimś stopniu opierały się na wspomnieniach z przeszłości. „Słyszałam” jeszcze
te głosy i mogłam zasugerować tłumaczce wybór konkretnych wyrażeń. Babcia
Anny mówi językiem mojej babci, którego specyficzne wyrażenia towarzyszą mi
od dzieciństwa. Wprawdzie babcia Anny i moja babcia to dwie różne osoby, ale
ich język to głos tego samego pokolenia. Także rodzicom Anny mogłam
częściowo użyczyć języka pokolenia moich rodziców.
Najwięcej kłopotu sprawił mi Piotr, pierwszy mąż Anny. W moim polskim kręgu
doświadczeń nie pojawiła się postać z jego rodowodem, nie mogłam więc
czerpać z pamięci. Piotr Nowicki pochodzi z Krakowa, jest prawnikiem, brał udział
w marcowych wydarzeniach 1968 roku we Wrocławiu, trzeba było mu stworzyć
język, który charakteryzowałby i jego i jego pokolenie. To było moje zadanie, nie
mogłam go zrzucić na barki tłumaczki, nie mogłam powiedzieć – wymyśl głos dla
Piotra. W rezultacie musiałam sceny z Piotrem prawie w całości przepisać,
stworzyć na nowo jego polski głos, opierając się na autentycznych historycznych
materiałach z tego okresu, studenckich ulotkach, opisach marcowych wydarzeń
we Wrocławiu. To była fascynująca przygoda językowa, w pełni spełniona w
chwili, gdy „usłyszałam” ten nowy głos Piotra.
JSG – Jak współpracowało się pani z tłumaczką?
ES – Doskonale.
Przypuszczam, że tłumaczom rzadko zdarza się pracować z autorem, który zna
język na tyle, by móc brać udział w procesie redakcji tekstu w takim stopniu, jak
to było z nami. Z Katarzyną Bogucką-Krenz, tłumaczką powieści, zgodziłyśmy się
już na samym początku pracy, że naszym celem będzie nie tylko wierne oddanie
tekstu, ale stworzenie takiego tłumaczenia, które byłoby „moim,” czyli
najbardziej zbliżonym do polskiej wersji tej książki, jeśli miałabym taką napisać.
Dla tłumaczki oznaczało to rezygnację, oczywiście tylko do pewnego stopnia, z
autonomii, konieczność sprawdzania, czy nasze językowe odczucia zgadzają się, i
stałą gotowość do dyskusji nad tymi fragmentami, w których nasze odczucia
gdzieś się rozmijały. Czasami dostawałam stronę, na której tłumaczone
fragmenty tekstu pojawiały się w kilku wersjach, a ja miałam wybrać te
najbardziej mi odpowiadające. W rezultacie każdy rozdział wędrował kilka razy
między nami tak długo, aż obie byłyśmy zadowolone.
Praca nad tłumaczeniem była dla mnie bardzo ciekawa. Zdałam sobie ponownie
sprawę z trudności, jakie napotyka polski tłumacz tłumaczący z języka
angielskiego. Jedną z nich jest rytm zdania, jego wewnętrzna poezja. I tak na
przykład rytmiczność w języku angielskim można uzyskać stosując powtórzenia
słów, sylab, czy wręcz poszczególnych dźwięków. Przykładem może tu być to oto
zdanie z pierwszej części mojej książki, opis powojennego Wrocławia: A sea of
ruins, surrounding small islands of still-standing buildings, którego rytm opiera
się na aliteracji. Podobny zabieg w języku polskim może przynieść taki „efekt
poetycki” zdanie: polska policja poszukuje pięciu panów… Tekst poetycki, który
po angielsku brzmi rytmicznie i naturalnie, w polskim bezpośrednim tłumaczeniu
po prostu kuleje. Powodów może być wiele. Tradycyjna, staroangielska poezja
oparta była właśnie na aliteracji, czyli powtórzeniu dźwięków; w polskiej poezji
natomiast spoiwem był głównie rym. W rezultacie, aby uzyskać podobny efekt
poetycki, który ja w wersji angielskiej uzyskiwałam poprzez powtórzenia, Kasia
Krenz musiała uzyskać zupełnie innymi metodami, czerpiąc ze swoich zasobów
poetyckich.
JSG – Jak pani poznała tłumaczkę, Katarzynę Bogucką-Krenz?
ES – Przez jej siostrę, Ewę Ślaskę, polską pisarkę i tłumaczkę, która od wielu lat
mieszka w Berlinie i aktywnie działa na pograniczu literatury polsko-niemieckiej,
organizuje warsztaty literackie, prowadzi pismo „Wir” itd. Podczas jednego z
pobytów w Berlinie, gdzie zbierałam materiały do mojej drugiej powieści,
poznałam Ewę. Ona z kolei podarowała egzemplarz „Necessary Lies” swojej
siostrze Katarzynie mieszkającej w Gdańsku. Katarzyna Bogucka-Krenz, jest nie
tylko tłumaczką z języka angielskiego, jest też poetką i malarką. Poza tym
jesteśmy w podobnym wieku, więc łączy nas język naszego pokolenia…
JSG – Co pani myśli na temat okładki polskiej wersji powieści?
ES – Bardzo mi się podoba. Jest graficznie prosta, ale bogata w znaczenia.
Pocięte nożyczkami nuty sugerują Wiliama i linię melodyczną jego partytur, a
także przerwane wątki życia wielu bohaterów książki, cięcie między nowym
życiem i starym życiem, między Polską i Kanadą itd. Mogą także sugerować
przecięcie spokoju i błogich wspomnień bohaterki, Anny Nowickiej, o człowieku,
który krył w sobie tak bolesne dla niej tajemnice.
Ale książka już skończona, wydana. Teraz werdykt należy tylko i wyłącznie do
czytelnika.
JSG – Czym jest dla pani przekład literacki?
Katarzyna Bogucka-Krenz – Przez lata wypracowałam sobie własną metodę
przekładu, która opiera się na przekonaniu, że sama wiedza nie wystarczy do
tego, żeby zostać dobrym tłumaczem literatury. Oczywiście, trzeba mieć
warsztat, tj. dobrą znajomość ęzyka obcego oraz spore umiejętności
posługiwania się mową ojczystą. Pod tym względem jest to praca niejako
„usługowa”. Ale do dobrego tłumaczenia potrzeba jeszcze dwóch rzeczy. Po
pierwsze, swego rodzaju pozawerbalnego wyczucia, zdolności niemal
telepatycznego porozumienia się z autorem. Będąc przekaźnikiem nie swojej
myśli, tłumacz spełnia rolę medium, jest pośrednikiem, który pomaga autorowi
zaistnieć w innym języku, sam przez cały czas, jak sufler w teatrze, pozostając w
cieniu.
Po drugie, tłumacz lepiej rozumie swoje zadanie, jeśli sam jest pisarzem czy, jak
w moim przypadku, poetą. Każdą historię można opowiedzieć na sto sposobów.
Tłumacz musi sobie nieustannie zadawać pytanie, nie jak on by ją opowiedział,
tylko jak zrobiłby to autor, gdyby znał jego język. Które słowo by wybrał? A
przecież autor chce ode mnie nie tylko moich słów. On liczy na to, że w moim
języku odtworzę i odwzoruję cały jego świat, wyłowię jego ducha, oddam to
„coś”, co często jest trudne do uchwycenia – aurę, emocję, nastrój.
Czasem żartuję, że najlepszą metodą jest tłumaczenie „z zamkniętymi oczami”,
gdyż dopiero wówczas potrafię wsłuchać się w głos wewnętrzny tłumaczonego
pisarza, oddać to wszystko, co decyduje o jego stylu i sile.
JSG – Jak pani odbiera pracę nad tłumaczeniem?
KBK – Zawsze bardzo osobiście i że tak powiem namacalnie: na kilka miesięcy
wyprowadzam się z własnego świata i przenoszę do innego. To trochę jak gra w
filmie. Jestem wszystkimi bohaterami naraz i każdym z osobna. Początkowo nic
jeszcze na to nie wskazuje, po prostu tłumaczę słowo za słowem, zdanie po
zdaniu. Ciężka, żmudna, czasochłonna praca. Nie zastanawiam się, pędzę przed
siebie, mijam kolejne stronice, jakbym jechała pociągiem, przyglądając się przez
okno mijanym obrazom. Na tym etapie jeszcze nie podejmuję decyzji, nie
dokonuję wyborów, nawet nie słyszę właściwego tonu. Zostawiam znaki
zapytania, zapisuję po kilka wersji, wiem, że na decyzje będzie czas później. Nim
jednak to nastąpi, przechodzi czas prób i przymiarek, kiedy wciąż nie do końca
jestem pewna, w jaki sposób ja bym się wyraziła w danej sytuacji, gdybym była,
na przykład, profesorem literatury, skrzypaczką, rybakiem dalekomorskim czy
kelnerką w restauracji, a ściślej: jakbym to wyraziła po polsku, zważywszy na
czas i miejsce, wiek, wiedzę i filozofię życiową danej postaci, i co najważniejsze –
styl autora. A potem pewnego dnia okazuje się, że wszystkie elementy układanki
wskoczyły na swoje miejsce. I kiedy czytając przestaję myśleć o słowach, a
zaczynam „słyszeć głosy”, wtedy wiem, że to już – mogę tekst odesłać do
wydawcy.
JSG – Czy tłumacz musi się związać z bohaterami, poznać ich osobowość i
odczucia, żeby oddać ducha czasu i miejsca, w którym żyli?
KBK – Chyba nie da się inaczej. Ja w każdym razie nieodmiennie przywiązuję się
o moich autorów i ich książek. W końcu przebywam z nimi codziennie po wiele
godzin i to przez długie miesiące. Staję się jakby matką zastępczą, która musi
wybrać dla nich odpowiednie słowa, i jeszcze zrobić to tak, by czytelnik nic nie
zauważył, by miał wrażenie, że tekst powstał od razu w jego języku. Dlatego
czuję o wiele większą odpowiedzialność tłumacząc czyjś tekst niż pisząc własny.
Tak więc odpowiedź na pani pytanie jest nie tylko twierdząca – tak, przywiązuję
się i zaprzyjaźniam z bohaterami, a potem trudno mi się z nimi rozstać. Ja
powiedziałabym nawet więcej: uważam, że jest to warunek sine qua non
dobrego tłumaczenia.