Posted by on Paź 4, 2012

Wrocław, Punkt Informacji Kulturalnej. Z Ewą Stachniak rozmawia Barbara Lekarczyk-Cisek:

Barbara Lekarczyk-CisekWrocławianka, ale nieobecna w Polsce od trzydziestu lat. Spróbujmy zatem przybliżyć Pani twórczość polskiemu czytelnikowi niejako od początku. Proszę opowiedzieć o swoim domu, o dzieciństwie, o Wrocławiu tamtych lat, kiedy Pani jeszcze tutaj mieszkała… Z pewnością  ukształtowało to Panią jako pisarkę.

Ewa Stachniak: O, tak, zdecydowanie! Wrocław mego dzieciństwa był miastem ruin. Przez długi czas powojenne zgliszcza była tu wszędzie widoczne. Urodziłam się w poniemieckim domu, w rodzinie przybyszów, których korzenie pozostały gdzieś indziej. Było to doświadczenie dzieciństwa większości wrocławskich dzieci. Moja rodzina nie pochodziła ze Wschodu, jak znaczna część wrocławskich pionierów. Moja matka [Anna Jerzmańska z domu Madej, paleontolog, profesor UW – przyp. B.L-C.] pochodziła z Piotrkowa Trybunalskiego i musiała opuścić swoje miasto z przyczyn politycznych. Była w WiN-ie [organizacja antykomunistyczna Wolność i Niezawisłość – przyp. B.L.-C.], ktoś ją zadenuncjował, została aresztowana, a kiedy wyszła na wolność i ona, i dziadkowie zmuszeni byli z Piotrkowa wyjechać. Natomiast ojciec [Jerzy Jerzmański, geolog – B.L.-C.] przyjechał z Sosnowca do Wrocławia na studia. Wrastanie mojej rodziny we Wrocław było procesem długim i trudnym. Rodzice to miasto bardzo kochali i czuli się z nim związani. Tu pracowali, tu wychowali pokolenia studentów. Natomiast moja babka nigdy Wrocławia nie zaakceptowała, chciała, by ją pochować w Piotrkowie.

Genius loci

Wrocław mojego dzieciństwa był miastem tajemniczym, a zarazem niepokojącym. Dla małego dziecka spacer ulicą z trudem wytyczoną wśród rumowisk nieuprzątniętych gruzów, gdzie szczątki domów straszyły rozłupanymi pokojami z wypalonymi ścianami i śladami dawnego, a tak nagle przerwanego życia, musiał być przerażający. Ten dziecięcy niepokój pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Krążyły wówczas po Wrocławiu straszliwe historie. O maruderach, gangach, ludożercach. Ojciec mi opowiadał, że gdy przyjechał do Wrocławia w 1948 roku, nigdy nie rozstawał się ze swoim geologicznym młotkiem, tak na wszelki wypadek, gdyż obawiał się napaści, szczególnie nocą. Nie musiałam słuchać tych historii, moją wyobraźnię karmiła sama sceneria. Upłynęło wiele lat zanim dojrzałam i zrozumiałam, że nawet ten najwcześniejszy powojenny i niebezpieczny Wrocław był wyjątkowo interesującym miastem. Był miastem imigrantów. Jego nowa tożsamość dopiero się tworzyła, a ta stara nie dawała się tak łatwo zatrzeć. W stalinowskich czasach łatwiej tu było ukryć przeszłość. Łatwiej było zacząć życie na nowo.

Wrocław jest poniekąd bohaterem Pani debiutanckiej książki „Konieczne kłamstwa” (wyd. angielskie „Necessary Lies”, 2000) …

Ta książka to moja próba rozliczenia się z pamięcią zarówno Wrocławia, jak i Breslau. Pomogło mi w tym moje własne doświadczenie emigracji, bo w Kanadzie – jak we wczesnym Wrocławiu – prawie wszyscy nosimy w sobie pamięć miejsc opuszczonych lub utraconych. W latach dziewięćdziesiątych jedną z moich sąsiadek była Jutta, Niemka,  która urodziła się w Breslau. W 1945 roku, kiedy miała cztery lata, uciekła wraz z matką z płonącego miasta. Kiedy opowiadała mi o przedwojennym Breslau, okazało się, że ja i jej mama uczyłyśmy się w tym samym budynku szkolnym [dziś IX LO we Wrocławiu], chodziłyśmy tymi samymi ulicami…  Gdy pod koniec lat dziewięćdziesiątych spotkałam matkę Jutty, ta przywitała mnie ze łzami w oczach, mówiąc: „Pochodzimy z tego samego miasta!”. To właśnie Jutta zainspirowała fabułę „Koniecznych kłamstw”, gdzie bohaterka przyjeżdża z Wrocławia do Kanady, wychodzi za mąż za Niemca z Breslau, by—po jego śmierci—wrócić do Wrocławia w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące ją pytania. Tytułowe kłamstwa są i osobiste, i narodowe, bo prawda bywa czasami zbyt okrutna, by ją ujawnić. Moja bohaterka dopiero po latach zaczyna to odkrywać.

Zadebiutowała Pani dopiero na emigracji. I chociaż wcześniejsze Pani powieści: „Ogród Afrodyty” i „Dysonans” są zanurzone w polskiej historii, pisze Pani w języku angielskim.

Piszę po angielsku bo przez ostatnie trzydzieści lat mieszkam w Kanadzie, tu zaczęłam pisać, tu są moi czytelnicy. Jestem zanurzona w wielokulturowej polskiej historii, bo to moje korzenie.

Historie spoza „żelaznej kurtyny” – poza tragedią Holokaustu – rzadko i z wielkim trudem przebijają się do anglosaskiej świadomości. W wielokulturowej Kanadzie na palcach można policzyć pisarzy, którzy sięgają do historii Europy Wschodniej. Czy odstrasza ich jej pozorna hermetyczność i zawiłość – tego nie wiem. Wiem tylko, że ta tematyka mnie fascynuje. Staram się opowiadać wschodnioeuropejskie historie w taki sposób, by czytelnik nie czuł, że jest zmuszany do uczestnictwa w narodowych rozliczeniach, ale by znalazł w nich uniwersalne wartości. By ktoś, kto urodził się w małym ontaryjskim miasteczku, które tak wspaniale oddaje Alice Munro, mógł zrozumieć, czym, na przykład, było życie w powojennym Wrocławiu. By w literackim krajobrazie Kanady bohaterki opowiadań Munro i te z moich książek mogły wcześniej czy później się spotkać i rozpocząć rozmowę od tak bardzo kanadyjskiego pytania: skąd jesteś?

Tworzenie

Skąd czerpie Pani inspiracje do swoich powieści?

Tematy same mnie znajdują, jak to było z Juttą,  która mnie zainspirowała do napisania „Koniecznych kłamstw”.  Fascynują mnie silne kobiety, które walczą o swoje miejsce w świecie, często w nieprzychylnych i zmieniających się warunkach  i – co równie ważne  – którym przyszło żyć w historycznie ciekawych czasach. Stąd Zofia Potocka – piękna Greczynka podbijająca serca w stanisławowskiej Polsce, stąd Delfina Potocka i Eliza Krasińska, które szukają swojego miejsca w salonach Wielkiej Emigracji. Stąd również Katarzyna Wielka, pruska księżniczka urodzona w Szczecinie, która zostanie carycą Wszechrosji. Emigracja i jej bliźniacza siostra imigracja inspirują mnie od dawna!

A kiedy już temat Panią dopadnie, to jak wygląda proces twórczy? Jak było w przypadku „Katarzyny Wielkiej”?

Zaczynam od bardzo skrupulatnych przygotowań, od czytania źródeł: pamiętników i listów z epoki, którą staram się opisać.  W przypadku „Katarzyny Wielkiej” rozpoczęłam od studiowania jej wielu biografii – w przeciągu ostatnich kilku lat ukazało się ich  na Zachodzie osiem. Czytałam też jej korespondencję, pamiętniki i wiele historycznych opracowań poświęconych tak Katarzynie, jak i Rosji, do której przyjechała i którą później rządziła.

Staram się pisać tak, aby czytelnik mógł w pełni doświadczyć miejsca i czasu, w którym powieść się rozgrywa, aby mógł spojrzeć na wydarzenia oczami tych, dla których były codziennością. Tak więc w moich poszukiwaniach muszę dotrzeć do detali, muszę wiedzieć, w jaki sposób się podróżowało, co jadało, o czym rozmawiało… Służąca czy szwaczka widziały pałacowe komnaty inaczej niż caryca. Zauważały niewytarte kurze czy przemykające się szczury i myszy, których w pałacu było mnóstwo. Lub zapomnianą szpilkę czy fastrygę w kosztownej balowej sukni. Dzięki takim właśnie szczegółom narracja nabiera życia i wiarygodności.

Ale źródłowe poszukiwania to jedynie początek i to najeżony niebezpieczeństwami. W pewnym momencie materiału jest tak dużo, że można się w nim zagubić. Aby tego uniknąć, w pewnym momencie odkładam książki na bok. Czekam na inspirację – tę iskrę, która rozpali wyobraźnię. W przypadku Katarzyny rolę tę spełniło jedno zdanie z jej listu do brytyjskiego ambasadora, z czasów gdy była jeszcze Wielką Księżną: „Mam trzy osoby … – pisze – które nic o sobie wzajemnie nie wiedząc, donoszą mi o wszystkim”. I nic więcej… ani słowa o tym, kim były, dlaczego dla niej szpiegowały.

Zaczęłam wyobrażać sobie, jak losy Katarzyny mogłyby być widziane oczami  pałacowego szpiega. Tak narodziła się postać Barbary – Polki, która wychowała się w Rosji i której może z własnego doświadczenia  dałam szczęśliwe dzieciństwo. Po stracie rodziców Barbara zostaje jedną z licznych służących w pałacu carycy Elżbiety. Uczy się twardego dworskiego życia. Pochlania ją wir cynicznych pałacowych intryg, nie z beztroski, ale z obawy o życie bez wartości, w ciągłym zagrożeniu. Szybko orientuje się, że donoszenie i szpiegowanie to dla niej jedyna droga, droga nie z wyboru, ale z konieczności. Wtedy właśnie w jej życie wkracza młoda księżniczka z Zerbst i okazuje jej serce i zainteresowanie. Obie są na tym dworze obce, obie muszą przeżyć.

Ważną częścią tworzenia jest dla mnie doświadczenie miejsca, w którym żyją moi bohaterowie. Już w trakcie pisania pierwszej wersji powieści wiedziałam, że muszę skonfrontować moje wyobrażenia o XVIII-wiecznym Petersburgu z jego nadal istniejącym obliczem. Wycieczka do Petersburga śladami Katarzyny i Barbary była wielką inspiracją. Pozwoliła mi zobaczyć moje bohaterki tak w pięknych wnętrzach Carskiego Sioła, jak i na drodze z Petersburga do Peterhofu czy w salach Kunstkamery. Przypatrzyć się nie tylko meblom, sukniom, klejnotom czy monstrom Piotra Wielkiego, lecz także określić czas, który zajmuje przejście od Pałacu Zimowego do Letniego, zobaczyć jak wygląda Newa z pałacowych okien, jak wyglądają jej brzegi.

O ile mi wiadomo, pisze Pani ciąg dalszy dziejów carycy Katarzyny Wielkiej…

Pracuję nad drugą powieścią poświęconą Katarzynie Wielkiej. Jej angielski tytuł to „Empress of the Night” czyli „Imperatorowa nocy”. Akcja rozgrywa się w ostatnich dniach życia Katarzyny, gdy sparaliżowana umiera na udar mózgu.  To powieść o śmierci i o dylematach władzy absolutnej. Ukaże się—mam nadzieję—prawdopodobnie w przyszłym roku.

Dziękuję za rozmowę.


Rozmawiała Barbara Lekarczyk-Cisek

Źródło: PIK